Niecałą dekadę po swoim literackim debiucie Jakub Żulczyk wciąż
nie przestaje zaskakiwać. Autor takich książek jak Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości czy Radia Armageddon przypomina o sobie
kolejną specyficzną, choć typową dla swojej twórczości książką.
A twórczość Żulczyka przepełniona jest ciemnością. Gęsty,
obezwładniający mrok, który czai się na ulicach wypisanych miast, tylko czeka
na to, aby pochłonąć któregoś z bohaterów. W jego książkach żyją nie tylko
postaci ale też przedmioty, miasta, nawet powietrze. Nikt nigdy nie może czuć
się bezpiecznie i pewnie. Nikt nie może uwolnić się od obezwładniającej
atmosfery. Nie da się wydostać z labiryntu, jaki tworzy niebezpieczne i groźne
miasto.
Ślepnąc od świateł jest idealną
egzemplifikacją tych wszystkich cech. Można uznać tę powieść za kolejną
historię o gangsterach, handlarzach narkotykami i drugim, nocnym życiu
największego miasta w naszym kraju. Jednak, Żulczyk nie ogranicza się tylko do
przedstawienia kolejnej historii rodem z kina akcji. W przemyślany sposób
konstruuje naturalistyczną wizję naszej współczesności. Czy jest ona
przesadzona? Wyolbrzymiona? Nie mi oceniać, czy autor posłużył się tu
hiperbolą. Nie mam bowiem nic wspólnego z nocnym życiem Warszawy. I większość
czytelników pewnie również nie ma pojęcia jak wygląda „ciemna strona” naszej
stolicy. Jednak to, co zostało opisane na niemalże pięciuset stronach,
pochłania nie tylko bohaterów powieści, ale także czytelnika i to bez względu na
stopień swojej prawdziwości.
Żulczyk opisuje
historię Jacka. Czytelnik zna go tylko z imienia. Jego nazwisko… ma ich kilka. Ma
też kilka dowodów tożsamości. Przez to wydaje mu się, że nie istnieje. Że jest
przezroczysty i niewidoczny dla pozostałych. A jest to niezwykle ważne w
„zawodzie”, który wykonuje. Nie wiadomo więc, kim dokładnie jest, jednak paradoksalnie
wiadomo o nim dużo. Z rodzinnego Olsztyna przeniósł się do Warszawy, by
studiować na ASP. Nie udało mu się to. Wykorzystał więc wrodzony talent i zainteresowanie
do ważenia i liczenia. Jacek waży kokainę i liczy pieniądze, które za nią
otrzymuje. Jest dilerem, choć sam siebie nazywa detalistą. Dla tego zajęcia zrezygnował z całego życia osobistego.
Stał się człowiekiem-widmem przemieszczającym się w najdroższych markach ubrań
po nocnych ulicach Warszawy. Zdawał sobie sprawę z tego, że w świecie, w którym
żyje, nie ma miejsca na żadne uczucia, nie ma miejsca na miłość czy przyjaźń,
nikomu nie można ufać. Jego życie było drobiazgowo zaplanowane. Aż do chwili, w
której pozwolił sobie na moment słabości. Wtedy cały jego uporządkowany świat
zaczął się przewracać niczym kostki domina. Wziął na przechowanie szemrany
towar, pozwolił sobie na chwilę zapomnienia z Beatą. Tego nie było w jego
idealnym planie życia. To zaczęło go niszczyć.
Warszawa, która jest
nie tylko tłem wydarzeń ale również pełnoprawnym bohaterem książki zaczęła
pochłaniać Jacka. Każdej nocy (bo miasto przedstawiane jest tylko nocą, dzień
praktycznie w ogóle nie istnieje w książce) wchodził w głąb jej wnętrzności,
znał ją od środka i myślał, że wie, jak się zachować, aby go nie pochłonęła.
Jacek wiedział jak ona działa, znał kluby, wiedział w których miejscach się
pokazywać, gdzie na jakie zachowania może sobie pozwolić. Każda z osób, którą
spotykał podczas swojej nocnej wędrówki – od studentów bawiących się w klubach,
przez napompowane botoksem żony polskich biznesmenów aż po celebrytów znanych z programów śniadaniowych, jest niczym organ
ciała – Warszawy. Każdy w tym mieście jest skrzywdzony, poraniony i chory na
swój sposób. Jak zauważa główny bohater - Nie licząc niektórych rodzajów raka,
wszystko, co spotyka ludzi, wyrządzają sobie sami.
I
choć Jacek postępował według swoich wewnętrznych zasad – nie pił, nie brał
narkotyków, nie sprzedawał niepewnego towaru, szanował kobiety, to nie udało mu
się uchronić przed zarażeniem tą nieznaną chorobą miasta. A może jego postawa
oschłego, bezlitosnego, pozbawionego wszelkich uczuć i emocji „dostawcy” to
tylko pozory? Odkrywa to Daro mówiąc: Ty
to Jacuś jesteś taki chłopczyk malutki, co sobie postanowił, że chce być zły,
jak dorośnie. Jak się okazuje ten Jacek, który daje się poznać czytelnikowi
nie jest prawdziwym sobą. Mimo wielu informacji na jego temat, tak naprawdę nie
wiadomo o nim nic.
Warszawa niszczy
każdego, kto tylko się znajdzie w jej wnętrzu. Niszczy, ponieważ sama jest
zniszczona przez wypełniających ją ludzi. I to jest przygnębiająca refleksja
płynąca z tej książki – ludzie niszczą siebie nawzajem. Są samotni, bezsilni.
Zamiast prawdziwego życia, mają jakiś jego substytut. Prawdziwą miłość
zastępuje przelotne uczucie. Rodzina zostaje zepchnięta na dalszy plan,
przeniesiona do Olsztyna, który wydaje się być mitycznym miejscem na mapie
powieści. Żeby funkcjonować potrzebują białego proszku. Nikt w tej książce nie
zostaje oszczędzony. Nawet tak niewinna postać jak Pazina, która wydaje się
przewijać przez kolejne strony książki zupełnie przez przypadek, przez pomyłkę,
nigdy się nie uśmiecha. Została pocięta, poszarpana przez ludzi i przez
okoliczności – tak mówi o niej
Jacek. Wie, że nawet ona została zainfekowana. I choć zarzuca jej, że: może
po prostu ty najbardziej lubisz wypowiadać ładne zdania i smutno przy tym
wyglądać, Pazina, więc podporządkowujesz temu wszystko w swoim życiu?
Chciałby jej pomóc ale zdaje sobie sprawę z brutalnej prawdy, że życie to uniwersytet śmierci.
Wszystko to, i
jeszcze więcej, jest opisane charakterystycznym dla Żulczyka językiem. I to
właśnie on jest jednym z głównych powodów dla których pod adresem autora, po
każdej kolejnej premierze, pojawia się krytyka. W książce aż gęsto od
wulgaryzmów. Ale czy ktoś uwierzyłby, że gangsterzy, chłopcy z blokowiska i
dilerzy posługują się piękną, wzorcową polszczyzną? Sam autor ostrzega
czytelników: Pierwsi czytelnicy
"Wzgórza" są wyjątkowo obruszeni tym, że w powieści są wulgaryzmy,
bohaterowie są niemili i spożywają alkohol, a ze
świata przedstawionego wieje rzekomą patologią. No kochani. Czyje nazwisko jest
na okładce, bo chyba nie Elizy Orzeszkowej. Choć wpis ten odnosi się do jego najnowszej książki (J.
Żulczyk, Wzgórze psów, Warszawa
2017.), zarzuty o nadużywanie wulgaryzmów, widnieją pod każdym jego tytułem.
Jednak
oprócz tego, język którym się posługuje jest niezwykle plastyczny. Widać, że
narracja zmieniła się od wydania pierwszej książki. Żulczyk oczyścił go,
pozbawił niepotrzebnego zamieszania oraz chaosu. Wciąż pojawiają się
specyficzne metafory, mnogie epitety, spiętrzone porównania i częste wtrącenia.
Jednak nie jest to już narracja tak zawiła, jak wcześniej. Autor dorasta wraz
ze swoimi książkami.
Tematy, które porusza w każdej kolejnej
książce są pewnym krokiem naprzód. Poczynając od historii miłości młodego
studenta do uzależnionej od gier nastolatki (Zrób mi jakąś krzywdę), przez opowieść o samotności na przykładzie
licealnego zespołu muzycznego (Radio
Armageddon), aż po książki, w których bohaterowie są już dorośli – Instytut oraz Ślepnąc od Świateł. Czy możliwe jest, aby każda z postaci była w
jakiś sposób ze sobą połączona? Czy Pazina jest jakąś wariacją Agnieszki, a
Agnieszka to tak naprawdę Nadzieja? A może Dawid i Jacek to te same, w pewnym
sensie, osoby? Gdyby rzeczywiście tak było, Żulczyk przedstawiałby niezwykle
pesymistyczną wizję kierunku, w którym podąża współczesny świat.