wtorek, 27 lutego 2018

OŚLEPIAJĄCY MROK STOLICY



Niecałą dekadę po swoim literackim debiucie Jakub Żulczyk wciąż nie przestaje zaskakiwać. Autor takich książek jak Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości czy Radia Armageddon przypomina o sobie kolejną specyficzną, choć typową dla swojej twórczości książką.
A twórczość Żulczyka przepełniona jest ciemnością. Gęsty, obezwładniający mrok, który czai się na ulicach wypisanych miast, tylko czeka na to, aby pochłonąć któregoś z bohaterów. W jego książkach żyją nie tylko postaci ale też przedmioty, miasta, nawet powietrze. Nikt nigdy nie może czuć się bezpiecznie i pewnie. Nikt nie może uwolnić się od obezwładniającej atmosfery. Nie da się wydostać z labiryntu, jaki tworzy niebezpieczne i groźne miasto.
         Ślepnąc od świateł jest idealną egzemplifikacją tych wszystkich cech. Można uznać tę powieść za kolejną historię o gangsterach, handlarzach narkotykami i drugim, nocnym życiu największego miasta w naszym kraju. Jednak, Żulczyk nie ogranicza się tylko do przedstawienia kolejnej historii rodem z kina akcji. W przemyślany sposób konstruuje naturalistyczną wizję naszej współczesności. Czy jest ona przesadzona? Wyolbrzymiona? Nie mi oceniać, czy autor posłużył się tu hiperbolą. Nie mam bowiem nic wspólnego z nocnym życiem Warszawy. I większość czytelników pewnie również nie ma pojęcia jak wygląda „ciemna strona” naszej stolicy. Jednak to, co zostało opisane na niemalże pięciuset stronach, pochłania nie tylko bohaterów powieści, ale także czytelnika i to bez względu na stopień swojej prawdziwości.
         Żulczyk opisuje historię Jacka. Czytelnik zna go tylko z imienia. Jego nazwisko… ma ich kilka. Ma też kilka dowodów tożsamości. Przez to wydaje mu się, że nie istnieje. Że jest przezroczysty i niewidoczny dla pozostałych. A jest to niezwykle ważne w „zawodzie”, który wykonuje. Nie wiadomo więc, kim dokładnie jest, jednak paradoksalnie wiadomo o nim dużo. Z rodzinnego Olsztyna przeniósł się do Warszawy, by studiować na ASP. Nie udało mu się to. Wykorzystał więc wrodzony talent i zainteresowanie do ważenia i liczenia. Jacek waży kokainę i liczy pieniądze, które za nią otrzymuje. Jest dilerem, choć sam siebie nazywa detalistą. Dla tego zajęcia zrezygnował z całego życia osobistego. Stał się człowiekiem-widmem przemieszczającym się w najdroższych markach ubrań po nocnych ulicach Warszawy. Zdawał sobie sprawę z tego, że w świecie, w którym żyje, nie ma miejsca na żadne uczucia, nie ma miejsca na miłość czy przyjaźń, nikomu nie można ufać. Jego życie było drobiazgowo zaplanowane. Aż do chwili, w której pozwolił sobie na moment słabości. Wtedy cały jego uporządkowany świat zaczął się przewracać niczym kostki domina. Wziął na przechowanie szemrany towar, pozwolił sobie na chwilę zapomnienia z Beatą. Tego nie było w jego idealnym planie życia. To zaczęło go niszczyć.  
         Warszawa, która jest nie tylko tłem wydarzeń ale również pełnoprawnym bohaterem książki zaczęła pochłaniać Jacka. Każdej nocy (bo miasto przedstawiane jest tylko nocą, dzień praktycznie w ogóle nie istnieje w książce) wchodził w głąb jej wnętrzności, znał ją od środka i myślał, że wie, jak się zachować, aby go nie pochłonęła. Jacek wiedział jak ona działa, znał kluby, wiedział w których miejscach się pokazywać, gdzie na jakie zachowania może sobie pozwolić. Każda z osób, którą spotykał podczas swojej nocnej wędrówki – od studentów bawiących się w klubach, przez napompowane botoksem żony polskich biznesmenów aż po celebrytów znanych z programów śniadaniowych, jest niczym organ ciała – Warszawy. Każdy w tym mieście jest skrzywdzony, poraniony i chory na swój sposób. Jak zauważa główny bohater - Nie licząc niektórych rodzajów raka, wszystko, co spotyka ludzi, wyrządzają sobie sami.
         I choć Jacek postępował według swoich wewnętrznych zasad – nie pił, nie brał narkotyków, nie sprzedawał niepewnego towaru, szanował kobiety, to nie udało mu się uchronić przed zarażeniem tą nieznaną chorobą miasta. A może jego postawa oschłego, bezlitosnego, pozbawionego wszelkich uczuć i emocji „dostawcy” to tylko pozory? Odkrywa to Daro mówiąc: Ty to Jacuś jesteś taki chłopczyk malutki, co sobie postanowił, że chce być zły, jak dorośnie. Jak się okazuje ten Jacek, który daje się poznać czytelnikowi nie jest prawdziwym sobą. Mimo wielu informacji na jego temat, tak naprawdę nie wiadomo o nim nic.
         Warszawa niszczy każdego, kto tylko się znajdzie w jej wnętrzu. Niszczy, ponieważ sama jest zniszczona przez wypełniających ją ludzi. I to jest przygnębiająca refleksja płynąca z tej książki – ludzie niszczą siebie nawzajem. Są samotni, bezsilni. Zamiast prawdziwego życia, mają jakiś jego substytut. Prawdziwą miłość zastępuje przelotne uczucie. Rodzina zostaje zepchnięta na dalszy plan, przeniesiona do Olsztyna, który wydaje się być mitycznym miejscem na mapie powieści. Żeby funkcjonować potrzebują białego proszku. Nikt w tej książce nie zostaje oszczędzony. Nawet tak niewinna postać jak Pazina, która wydaje się przewijać przez kolejne strony książki zupełnie przez przypadek, przez pomyłkę, nigdy się nie uśmiecha. Została pocięta, poszarpana przez ludzi i przez okoliczności – tak mówi o niej Jacek. Wie, że nawet ona została zainfekowana. I choć zarzuca jej, że: może po prostu ty najbardziej lubisz wypowiadać ładne zdania i smutno przy tym wyglądać, Pazina, więc podporządkowujesz temu wszystko w swoim życiu? Chciałby jej pomóc ale zdaje sobie sprawę z brutalnej prawdy, że życie to uniwersytet śmierci.
         Wszystko to, i jeszcze więcej, jest opisane charakterystycznym dla Żulczyka językiem. I to właśnie on jest jednym z głównych powodów dla których pod adresem autora, po każdej kolejnej premierze, pojawia się krytyka. W książce aż gęsto od wulgaryzmów. Ale czy ktoś uwierzyłby, że gangsterzy, chłopcy z blokowiska i dilerzy posługują się piękną, wzorcową polszczyzną? Sam autor ostrzega czytelników: Pierwsi czytelnicy "Wzgórza" są wyjątkowo obruszeni tym, że w powieści są wulgaryzmy, bohaterowie są niemili i spożywają alkohol, a ze świata przedstawionego wieje rzekomą patologią. No kochani. Czyje nazwisko jest na okładce, bo chyba nie Elizy Orzeszkowej. Choć wpis ten odnosi się do jego najnowszej książki (J. Żulczyk, Wzgórze psów, Warszawa 2017.), zarzuty o nadużywanie wulgaryzmów, widnieją pod każdym jego tytułem.
         Jednak oprócz tego, język którym się posługuje jest niezwykle plastyczny. Widać, że narracja zmieniła się od wydania pierwszej książki. Żulczyk oczyścił go, pozbawił niepotrzebnego zamieszania oraz chaosu. Wciąż pojawiają się specyficzne metafory, mnogie epitety, spiętrzone porównania i częste wtrącenia. Jednak nie jest to już narracja tak zawiła, jak wcześniej. Autor dorasta wraz ze swoimi książkami.
Tematy, które porusza w każdej kolejnej książce są pewnym krokiem naprzód. Poczynając od historii miłości młodego studenta do uzależnionej od gier nastolatki (Zrób mi jakąś krzywdę), przez opowieść o samotności na przykładzie licealnego zespołu muzycznego (Radio Armageddon), aż po książki, w których bohaterowie są już dorośli – Instytut oraz Ślepnąc od Świateł. Czy możliwe jest, aby każda z postaci była w jakiś sposób ze sobą połączona? Czy Pazina jest jakąś wariacją Agnieszki, a Agnieszka to tak naprawdę Nadzieja? A może Dawid i Jacek to te same, w pewnym sensie, osoby? Gdyby rzeczywiście tak było, Żulczyk przedstawiałby niezwykle pesymistyczną wizję kierunku, w którym podąża współczesny świat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz