czwartek, 8 marca 2018

"wołam koła dołem polem kołacz złoty"



Dziś długi wpis. Dosyć obszerna i szczegółowa interpretacja jednego z najpiękniejszych polskich wierszy - Przez kresy Józefa Czechowicza. Analiza tego utworu wskaże także najważniejsze cechy całej poetyki tego autora.

A z wierszy napisanych chyba ten nie umrze/ co nie bał się stać prawdą lub stał się muzyką[1]. Tak pisał ksiądz Jan Twardowski. Cytat ten doskonale sprawdza się w przypadku Józefa Czechowicza i jego twórczości. Choć pisał on niemalże sto lat temu, jego utwory są znane do dziś i stanowią ważny element poezji dwudziestolecia międzywojennego. Nie umarły. Nie umarła także pamięć o tym utalentowanym poecie. Czy niegasnącą pamięć zawdzięcza on muzyczności swoich utworów? Być może. Niewątpliwe melodyjność jest bardzo ważnym składnikiem jego poezji. Widać to doskonale na przykładzie wiersza Przez kresy, który już samą warstwą brzmieniową przekazuje bardzo dużo. Zawiera on wiele cech, symboli i motywów charakterystycznych dla twórczości Czechowicza, podejmuje temat katastroficzny. Temat, który często pojawia się w jego utworach. Jednak można również czytać ten wiersz poza kontekstem apokalipsy. Te różne spojrzenia na ten jeden utwór postaram się wykazać w swojej pracy.
Zanim jednak przejdę do interpretacji wiersza, zajmę się jego budową, ponieważ jest ona kluczowa dla znaczenia utworu. Wiersz składa się z 4 strof, a każda z nich liczy po 4 wersy. Są one asylabiczne. Rym żeński z akcentem paroksytonicznym pojawia się jedynie w dwóch ostatnich linijkach każdej strofy. Niewiele dzieje się w warstwie znaczeniowej utworu. Najważniejsza jest warstwa brzmieniowa. Dla Czechowicza muzyczność była warunkiem powstania wiersza: Otóż tu leży sedno rzeczy: narodziny wiersza tkwią w muzycznym porządku rzeczy […][2]. Dlatego też poprzez tę warstwę wyraża się natura świata przedstawionego.
W wierszu Czechowicz opisuje podróż. Człowiek o nieznanej czytelnikowi płci jedzie na wozie ciągniętym przez konia. Zwierzę monotonnie (…) głowę unosi[3]. Ich wędrówka trwa więc już od dłuższego czasu. Świadczy o tym też fakt, że grzywa konia spływa raz po raz. W następnej linijce pojawiają się dwa wyrazy: koła koła. Dodają one rytmiczności wierszowi. Są dwa, ponieważ koła w wozie również umieszczone są podwójnie. Wyznacznikiem rytmu w tej strofie jest właśnie głoska o, pojawiająca się w pierwszym wyrazie utworu (monotonnie) oraz w powtarzającym się kole. O także obrazuje czytelnikowi koło od wozu. Swoistym semantycznym komentarzem do tej strofy jest słowo rytm. Opisuje ono, jak spływa końska grzywa (a więc spada rytmicznie), ale także zaznacza, że rytm będzie „panował” w całym wierszu. Ostatnia linijka to jedno słowo: zioła. Są one pojedyncze, nie stanowią pary jak wcześniejsze koła. Nie znajdują się one w rytmie, ponieważ ten jest związany z jadącym koniem. Podmiot liryczny widzi zioła wszędzie. Wzmacniają one obraz i stanowią rym, który zgrywa ze sobą dwie ostatnie linijki. Zioła łączą sytuację i spajają wszystko w jedną całość.
Kolejna strofa również rozpoczyna się onomatopeją. Słowo terkocze odnosi się do przemieszczającego wozu, którego koła wydają właśnie taki dźwięk, jadąc. Dalej, czytelnik dostaje informację, że zmienia się położenie przemieszczającego się podmiotu lirycznego. Jedzie on drożyną leśną łąkową. Ta instrumentacja głoskowa daje wrażenie ciągłości, zasygnalizowanej na początku utworu monotonności oraz właśnie senności wspomnianej w pierwszej linijce tej strofy. Ostatnie dwa wersy – dołem dołem/ polem – potwierdzają rytm kół przesuwającego się wozu. Podmiot liryczny jedzie więc lasem, polem i łąką. Do głoski o z poprzedniej strofy dołączyła tu głoska e, ponieważ inicjacyjna onomatopeja, uruchamiająca strofę, ma w sobie właśnie tę samogłoskę. To głoski o i e przeważają w tym fragmencie utworu. Potwierdzeniem początkowej monotonności jest tu senność.
W trzeciej zwrotce czytelnik dostaje informacje o porze dnia oraz o porze roku. Koń ciągnął wóz cały dzień, zaczyna już zmierzchać. Rżyska umiejscawiają sytuację liryczną po zakończeniu żniw, a więc pod koniec lata. Na niebie widnieje księżyc ciemny czerwony, pierwszy raz pojawiają się w utworze kolory. Również pierwszy raz podmiot liryczny wykonuje jakąś czynność – woła. Czasownik ten wytrąca nas z rytmu jednostajnej podróży. Nie jest to czynność rytmiczna ale spontaniczna. Sygnalizuje, że coś się stało. Głoska o swoim wyglądem przypomina otwarte ze zdziwienia usta. Ma w sobie wołanie, zdziwienie. Jest znakiem momentalnych uniesień. Wraz z nadejściem zmierzchu coś wytrąciło podmiot liryczny z sennego półżycia. Chce on przywołać do siebie złoty kołacz.
W tej strofie pojawia się słowo rżyska, które wnosi ze sobą zupełnie odmienny zestaw głosek. Jest to typowe dla Czechowicza, który do opisu sielankowości używa samogłosek o (monotonnie), e (terkocze) a (nad, zawadza) oraz płynnej spółgłoski nosowej ą (drożyną leśną łąkową). Jednak, gdy zmienia się nastrój wiersza na katastroficzny, wprowadza zbitkę spółgłoskową . Zastosowanie słowa zawierającego drżące r oraz twarde ż bardzo kontrastuje z wcześniejszymi łagodnymi dźwiękami. Wywołuje niepokój u czytelnika, „uderzając” go w uszy. Także skrzyp użyty w ostatniej strofie zalicza się do „katastroficznego zestawu” dźwięków.
Ostatnią zwrotkę rozpoczyna ciąg jednosylabowych wyrazów. Podmiot liryczny słyszy tylko kół skrzyp. Jest noc. Nie wie co się dzieje. Wszędzie jest mgła, a on nadal jedzie i nadal woła to, co zaginęło, odeszło, zniknęło podczas podróży.
Jak widać, już analiza samej warstwy dźwiękowej może dać wiele informacji na temat wiersza. Dzięki znakomitej melodyjności utworu, czytelnik może dowiedzieć się, co autor opisuje. Wie, czy znajduje się w idyllicznej krainie, czy opisywane są apokaliptyczne przewidywania.
Czechowicz w tym wierszu połączył te dwa charakterystyczne dla swojej twórczości motywy: arkadii i śmierci. Dwie pierwsze strofy są opisem rajskiej rzeczywistości. Sielankowość została oddana głównie przez kompozycję dźwiękową tego utworu. Nie ma w tej części żadnych zakłóceń. Wszystko jest spokojne i płynne. Koń porusza się monotonnie, powoli ciągnie wóz i podmiot liryczny znajdujący się w nim. Przemierzają wiejskie okolice, podróżują spokojnym, lasem. Jest jeszcze lato, więc wkoło jest zielono. Jeszcze kwitną zioła i inne rośliny. Jednak jest to tylko pozorny spokój, ponieważ pojawiają się tu pierwsze sygnały nadciągającej katastrofy.
Wspomniany w pierwszej linijce koń i jeździec (w tym wypadku jeździec znajdujący się na wozie) są symbolami często pojawiającym się w twórczości Czechowicza. Koń zapowiada sytuacje katastroficzne, przedstawia żywiołowość, miażdży i niszczy to, po czym biegnie. Nie bezpodstawne może być tu skojarzenie z jeźdźcami apokalipsy, którzy na swych koniach mają wyruszyć przed Sądem Ostatecznym. Jawi się tu więc wizja końca świata. Również koło nie symbolizuje nic pozytywnego. Szalony pęd, wir, w który wprawia je ciągnący wóz koń, stanowi symbol całkowitego zagubienia, zatracenia się w życiu. Z takiego „błędnego koła” nie ma żadnej ucieczki, nie można się w żaden sposób z niego uwolnić.
Mimo to podmiot liryczny zdaje się nie zwracać na to, co się dzieje wokół niego większej uwagi, ponieważ znajduje się w sennym półżyciu. Jest to kolejny niepokojący sygnał pośród tego sielskiego opisu. Może on znajdować się w stanie podobnym do tego, w którym żyli bogowie olimpijscy, a więc może być zawieszony, pomiędzy życiem realnym, a tym ziemskim. Egzystuje w stanie półżycia, czyli pół-snu. Gdyby przyjąć taką interpretację, nie burzyłoby to w żaden sposób idylliczności dwóch pierwszych strof. Jednak półżycie to mniej niż całe, pełne życie. Metafora użyta przez Czechowicza oznacza, że podmiot liryczny znajduje się w stanie pośrednim, balansuje gdzieś na granicy jawy i snu. Tutaj jest to sen wieczny. Człowiek jadący na wozie nie znajduje się więc w boskim stanie wiecznej szczęśliwości ale lawiruje pomiędzy życiem a śmiercią. Swoją podróżą oddala się od życia. Z każdym obrotem kół jest coraz bliżej swojej ostatniej godziny. „Przechodzi”, a właściwie przejeżdża, z jednego stanu w drugi. Widać to w trzeciej strofie, w której zmienia się pora dnia. Jest wieczór, a więc podmiot liryczny jest coraz bliżej „celu”.
W tej strofie pojawia się również słowo rżyska, które odznacza się na tle wcześniejszego opisu. Stanowi ono nieco bardziej wyrazisty sygnał, pozwalający odczuwać niepokój. Rżysko jest to przecież pole, na którym odbyły się już żniwa. A żniwa w prostej linii kojarzą się ze śmiercią, z zabijaniem i mordowaniem. Dzięki temu krótkiemu słowu można także określić porę roku – koniec lata, a więc świat zbliża się ku jesieni – porze, w której wszystko zamiera, zapada w sen, utożsamiony wcześniej ze śmiercią. Jeździec jest już więc bardzo blisko ostatecznej zagłady.
Katastroficznym symbolem w tej strofie jest także księżyc ciemny czerwony. Nie został określony jego kształt ale nie jest to istotne. Jeżeli ma on formę sierpu – może przywoływać skojarzenia średniowiecznego obrazu kostuchy (w kapturze lub w postaci szkieletu), która w swych dłoniach trzyma właśnie sierp – narzędzie śmierci. Może też przywodzić na myśl upływ czasu, który nieubłaganie przybliża każdego człowieka do kresu jego życia. Natomiast jeżeli jest okrągły, przypomina kulę ognia, co podkreśla także przypisany mu czerwony kolor. Takie obrazowanie i taka symbolika mają swoje korzenie w wojennych doświadczeniach Czechowicza, które na stałe pozostawiły ślad w jego psychice i wyobraźni.  
Widząc te wszystkie coraz wyraźniejsze sygnały zagłady, podmiot liryczny zaczyna wołać, krzyczeć. Orientuje się, że jego przejażdżka, która na pierwszy rzut oka nie zapowiadała niczego groźnego, przybiera niebezpieczny kierunek. Nie jest już bierny, próbuje się czynnie sprzeciwić zaistniałej sytuacji. Chce przywołać do siebie złoty kołacz. W tej metaforze ukryte może być słońce, a co za tym idzie dzień, spokój, lato, bezpieczeństwo, sielankowość i wszystko to, co utracił. Być może jest to działanie, w pewnym sensie, analogiczne do walki podczas wojny. Żołnierze walczą, by odzyskać wolność i spokój, które zostały przerwane tragiczną batalią. Wykazują się czynną postawą, nie są już w półżyciu. W ostatniej strofie podmiot liryczny nadal woła. Nic nie ma, słyszy jedynie kół skrzyp. Otacza go mgława noc jawa rozlewna. Wyrazy te należą do symboliki śmierci. Katastrofizm osiągnął więc swoje apogeum. Podmiot liryczny jest w samym środku tragicznych wydarzeń, próbuje wołać, walczyć, uwolnić się od nocy i od śmierci. Pragnie, by powróciło idylliczne życie.
Często powracającym motywem w poezji Czechowicza jest też woda – rzeki wiry, wodospady, które kumulując się, tworzą potop. Jest to również element wizji apokaliptycznych. W tym wierszu nie pojawiają się tak oczywiste symbole, które mogłyby wskazywać na zniszczenie świata przez ten żywioł. Jest jednak mgła, która stanowi zlepek drobin wody. Mgła być może jest dopiero nieśmiałym początkiem, zalążkiem aktu zagłady. Możliwe, że z czasem zgęstnieje, stanie się cięższa i zwiększy swą objętość po to, aby wraz z ogniem dokonać całkowitego zniszczenia świata. Ale na razie jest delikatna, rozlewa się na świecie pod osłoną nocy.
Jednak katastrofizm, który tu się pojawia jest „katastrofizmem ocalającym”[4]. Oznacza to, że zagłada, która zostaje ukazana w utworze jest szansą na powstanie czegoś nowego. Jest pewnego rodzaju „oczyszczeniem” tego, co złe. Po jesieni, która zbliża się nieubłaganie (co symbolizuje omawiane już rżysko) przyjdzie zima, a po niej wiosna, wraz z którą świat odrodzi się na nowo. Jest tu więc pewna cykliczność. Oznacz to, że podmiot liryczny odzyska utracony złoty kołacz.
Nie padło w tej pracy jeszcze żadne słowo o tytule wiersza, który też przecież niesie ze sobą jakieś znaczenie. Jak zauważa Joanna Grądziel-Wójcik: Czechowicz przywiązywał do nich [tytułów] dużą wagę[5]. Słownik Języka Polskiego jako jedno ze znaczeń tytułowych kresów podaje: «granica jakiejś przestrzeni, pogranicze»[6]. Tak były też nazywane dawne wschodnie ziemie Rzeczpospolitej. Przez kresy oznacza więc „przez granicę”. Tytuł utworu jest powtórzony neologizmem półżycie, który posiada podobne znaczenie przekraczania, w tym wypadku już ściśle określonej, granicy. Cały utwór jest więc o pokonywaniu granicy – życia i śmierci, pokoju i wojny, nieświadomości i świadomości. Człowiek, znajdujący się na wozie, jest żołnierzem rannym na polu bitwy. Ale czy jest to jedyne możliwe odczytanie tego utworu? Z pewnością nie.
Gdy odrzucimy metaforykę Czechowicza i pozostaniemy przy warstwie brzmieniowej wiersza, po przekroczeniu tytułowej granicy będzie już prawdziwa muzyka. Poezja próbuje więc przejść ten kres. Czechowicz, dzięki tak kunsztowniej skomponowanej warstwie brzmieniowej, balansuje na granicy poezji i muzyki. Może to oznaczać, że w brzmieniu zawiera się właściwy sens poezji, a całe życie ludzkie składa się z pojedynczych dźwięków. Są one odpowiedzią na znaczenie słów. Może to być więc opowieść o usypiającym rytmie i o tym, że to z niego składa się cały świat, który jest zlepkiem dźwięków, słów i obrazów połączonych w spójną całość.
Jednak wiersz ten można odczytać zupełnie poza tematyką wojny czy brzmienia. Może on stanowić metaforę ludzkiego życia. Przez większość czasu jest ono monotonne, spokojne. Nic szczególnego się nie dzieje. Człowiek często popada w „błędne koło” – zajmuje się tylko pracą, domem, obowiązkami. Egzystuje w stanie takiego półżycia, ponieważ nie czerpie z niego żadnych przyjemności. Nie zwraca uwagi na zbliżające się zagrożenie, nie widzi pojawiających się zapowiedzi nieszczęścia. Dopiero tragiczne wydarzenie wyrywa go z tego letargu. Może to być na przykład choroba, śmierć kogoś bliskiego lub utrata pracy. Człowiek tęskni wtedy do stanu sprzed tragedii. Docenia dopiero po stracie. Jednak, idąc śladem „katastrofizmu ocalającego”, po nieszczęściu przychodzi coś pozytywnego. Nawet najgorsze wydarzenie, w dalszej perspektywie czegoś uczy i przynosi coś nowego.
Po dokonanej analizie i interpretacji, da się zauważyć, że wiersz Przez kresy zawiera cechy bardzo charakterystyczne dla twórczości Józefa Czechowicza. Pojawia się w tym utworze zestawienie ze sobą arkadyjskiego oraz apokaliptycznego obrazu świata. Aby uzyskać ten efekt autor używa fonetycznych środków stylistycznych (instrumentacja głoskowa, onomatopeje) a także posługuje się różnymi symbolami i motywami (koń, noc, symbolika barw). Taki sposób ukazania świata wynika z wojennych doświadczeń Czechowicza. Jednak, nie trzeba go odczytywać jedynie jako wizji apokaliptycznej. Może on obrazować sytuacje o wiele bliższe współczesnemu czytelnikowi.


[1] Ks. Jan Twardowski, Nic się nie zmienił, http://www.apostol.pl/poezja/twardowski/nic-si%C4%99-nie-zmieni%C5%82.
[2] J. Czechowicz, Z mojego warsztatu literaturoznawczego, w tegoż. Pisma zebrane, t.5, Szkice literackie, oprac. T Kłak, Lublin 2011.
[3] Kłak, Wstęp, w: J. Czechowicz, Wybór poezji, oprac. T Kłak, Wrocław 1985. Wszystkie odwołania do cech twórczości Czechowicza oraz cytaty z Przez kresy będą pochodziły z tego wydania.
[4] Kryszak J., Katastrofizm ocalający: z poezji tzw. „Drugiej Awangardy”, Bydgoszcz 1985.
[5] Joanna Grądziel-Wójcik, Wiersze „bez nut”. Autorefleksja w poezji Józefa Czechowicza, w: Józef Czechowicz. Od awangardy do nowoczesności, pod. Red. J. Święcha, Lublin 2004.
[6] Słownik Języka Polskiego, PWN http://sjp.pwn.pl/szukaj/kres.html

wtorek, 27 lutego 2018

OŚLEPIAJĄCY MROK STOLICY



Niecałą dekadę po swoim literackim debiucie Jakub Żulczyk wciąż nie przestaje zaskakiwać. Autor takich książek jak Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości czy Radia Armageddon przypomina o sobie kolejną specyficzną, choć typową dla swojej twórczości książką.
A twórczość Żulczyka przepełniona jest ciemnością. Gęsty, obezwładniający mrok, który czai się na ulicach wypisanych miast, tylko czeka na to, aby pochłonąć któregoś z bohaterów. W jego książkach żyją nie tylko postaci ale też przedmioty, miasta, nawet powietrze. Nikt nigdy nie może czuć się bezpiecznie i pewnie. Nikt nie może uwolnić się od obezwładniającej atmosfery. Nie da się wydostać z labiryntu, jaki tworzy niebezpieczne i groźne miasto.
         Ślepnąc od świateł jest idealną egzemplifikacją tych wszystkich cech. Można uznać tę powieść za kolejną historię o gangsterach, handlarzach narkotykami i drugim, nocnym życiu największego miasta w naszym kraju. Jednak, Żulczyk nie ogranicza się tylko do przedstawienia kolejnej historii rodem z kina akcji. W przemyślany sposób konstruuje naturalistyczną wizję naszej współczesności. Czy jest ona przesadzona? Wyolbrzymiona? Nie mi oceniać, czy autor posłużył się tu hiperbolą. Nie mam bowiem nic wspólnego z nocnym życiem Warszawy. I większość czytelników pewnie również nie ma pojęcia jak wygląda „ciemna strona” naszej stolicy. Jednak to, co zostało opisane na niemalże pięciuset stronach, pochłania nie tylko bohaterów powieści, ale także czytelnika i to bez względu na stopień swojej prawdziwości.
         Żulczyk opisuje historię Jacka. Czytelnik zna go tylko z imienia. Jego nazwisko… ma ich kilka. Ma też kilka dowodów tożsamości. Przez to wydaje mu się, że nie istnieje. Że jest przezroczysty i niewidoczny dla pozostałych. A jest to niezwykle ważne w „zawodzie”, który wykonuje. Nie wiadomo więc, kim dokładnie jest, jednak paradoksalnie wiadomo o nim dużo. Z rodzinnego Olsztyna przeniósł się do Warszawy, by studiować na ASP. Nie udało mu się to. Wykorzystał więc wrodzony talent i zainteresowanie do ważenia i liczenia. Jacek waży kokainę i liczy pieniądze, które za nią otrzymuje. Jest dilerem, choć sam siebie nazywa detalistą. Dla tego zajęcia zrezygnował z całego życia osobistego. Stał się człowiekiem-widmem przemieszczającym się w najdroższych markach ubrań po nocnych ulicach Warszawy. Zdawał sobie sprawę z tego, że w świecie, w którym żyje, nie ma miejsca na żadne uczucia, nie ma miejsca na miłość czy przyjaźń, nikomu nie można ufać. Jego życie było drobiazgowo zaplanowane. Aż do chwili, w której pozwolił sobie na moment słabości. Wtedy cały jego uporządkowany świat zaczął się przewracać niczym kostki domina. Wziął na przechowanie szemrany towar, pozwolił sobie na chwilę zapomnienia z Beatą. Tego nie było w jego idealnym planie życia. To zaczęło go niszczyć.  
         Warszawa, która jest nie tylko tłem wydarzeń ale również pełnoprawnym bohaterem książki zaczęła pochłaniać Jacka. Każdej nocy (bo miasto przedstawiane jest tylko nocą, dzień praktycznie w ogóle nie istnieje w książce) wchodził w głąb jej wnętrzności, znał ją od środka i myślał, że wie, jak się zachować, aby go nie pochłonęła. Jacek wiedział jak ona działa, znał kluby, wiedział w których miejscach się pokazywać, gdzie na jakie zachowania może sobie pozwolić. Każda z osób, którą spotykał podczas swojej nocnej wędrówki – od studentów bawiących się w klubach, przez napompowane botoksem żony polskich biznesmenów aż po celebrytów znanych z programów śniadaniowych, jest niczym organ ciała – Warszawy. Każdy w tym mieście jest skrzywdzony, poraniony i chory na swój sposób. Jak zauważa główny bohater - Nie licząc niektórych rodzajów raka, wszystko, co spotyka ludzi, wyrządzają sobie sami.
         I choć Jacek postępował według swoich wewnętrznych zasad – nie pił, nie brał narkotyków, nie sprzedawał niepewnego towaru, szanował kobiety, to nie udało mu się uchronić przed zarażeniem tą nieznaną chorobą miasta. A może jego postawa oschłego, bezlitosnego, pozbawionego wszelkich uczuć i emocji „dostawcy” to tylko pozory? Odkrywa to Daro mówiąc: Ty to Jacuś jesteś taki chłopczyk malutki, co sobie postanowił, że chce być zły, jak dorośnie. Jak się okazuje ten Jacek, który daje się poznać czytelnikowi nie jest prawdziwym sobą. Mimo wielu informacji na jego temat, tak naprawdę nie wiadomo o nim nic.
         Warszawa niszczy każdego, kto tylko się znajdzie w jej wnętrzu. Niszczy, ponieważ sama jest zniszczona przez wypełniających ją ludzi. I to jest przygnębiająca refleksja płynąca z tej książki – ludzie niszczą siebie nawzajem. Są samotni, bezsilni. Zamiast prawdziwego życia, mają jakiś jego substytut. Prawdziwą miłość zastępuje przelotne uczucie. Rodzina zostaje zepchnięta na dalszy plan, przeniesiona do Olsztyna, który wydaje się być mitycznym miejscem na mapie powieści. Żeby funkcjonować potrzebują białego proszku. Nikt w tej książce nie zostaje oszczędzony. Nawet tak niewinna postać jak Pazina, która wydaje się przewijać przez kolejne strony książki zupełnie przez przypadek, przez pomyłkę, nigdy się nie uśmiecha. Została pocięta, poszarpana przez ludzi i przez okoliczności – tak mówi o niej Jacek. Wie, że nawet ona została zainfekowana. I choć zarzuca jej, że: może po prostu ty najbardziej lubisz wypowiadać ładne zdania i smutno przy tym wyglądać, Pazina, więc podporządkowujesz temu wszystko w swoim życiu? Chciałby jej pomóc ale zdaje sobie sprawę z brutalnej prawdy, że życie to uniwersytet śmierci.
         Wszystko to, i jeszcze więcej, jest opisane charakterystycznym dla Żulczyka językiem. I to właśnie on jest jednym z głównych powodów dla których pod adresem autora, po każdej kolejnej premierze, pojawia się krytyka. W książce aż gęsto od wulgaryzmów. Ale czy ktoś uwierzyłby, że gangsterzy, chłopcy z blokowiska i dilerzy posługują się piękną, wzorcową polszczyzną? Sam autor ostrzega czytelników: Pierwsi czytelnicy "Wzgórza" są wyjątkowo obruszeni tym, że w powieści są wulgaryzmy, bohaterowie są niemili i spożywają alkohol, a ze świata przedstawionego wieje rzekomą patologią. No kochani. Czyje nazwisko jest na okładce, bo chyba nie Elizy Orzeszkowej. Choć wpis ten odnosi się do jego najnowszej książki (J. Żulczyk, Wzgórze psów, Warszawa 2017.), zarzuty o nadużywanie wulgaryzmów, widnieją pod każdym jego tytułem.
         Jednak oprócz tego, język którym się posługuje jest niezwykle plastyczny. Widać, że narracja zmieniła się od wydania pierwszej książki. Żulczyk oczyścił go, pozbawił niepotrzebnego zamieszania oraz chaosu. Wciąż pojawiają się specyficzne metafory, mnogie epitety, spiętrzone porównania i częste wtrącenia. Jednak nie jest to już narracja tak zawiła, jak wcześniej. Autor dorasta wraz ze swoimi książkami.
Tematy, które porusza w każdej kolejnej książce są pewnym krokiem naprzód. Poczynając od historii miłości młodego studenta do uzależnionej od gier nastolatki (Zrób mi jakąś krzywdę), przez opowieść o samotności na przykładzie licealnego zespołu muzycznego (Radio Armageddon), aż po książki, w których bohaterowie są już dorośli – Instytut oraz Ślepnąc od Świateł. Czy możliwe jest, aby każda z postaci była w jakiś sposób ze sobą połączona? Czy Pazina jest jakąś wariacją Agnieszki, a Agnieszka to tak naprawdę Nadzieja? A może Dawid i Jacek to te same, w pewnym sensie, osoby? Gdyby rzeczywiście tak było, Żulczyk przedstawiałby niezwykle pesymistyczną wizję kierunku, w którym podąża współczesny świat.